„Dziadek” był zawsze w naszym domu, klasyczna, brązowiona „głowa” ze stiuku, jakich kiedyś było wiele; ta z placu Szarych Szeregów podobna jest do naszej. Przywieziony przed wojną do Ostrowi Mazowieckiej, z Warszawy z pracowni pozłotniczej i ramiarskiej mojego dziadka Henryka przy ulicy Solec 68, na Powiślu , trafił najpierw do domu przy Kościuszki 28, Później przy Lubiejewskiej 55. W domu przy Lubiejewskiej stał na Dziadkowej szafce-apteczce, w pokoju gdzie spały dzieci. Budził wyraźny respekt, bo dziatwa się do „Dziadka” nie obrała. Przyznali się do tego strachu zupełnie niedawno.

Pieczołowicie owinięty w zasłony i ręczniki, w dwóch pudłach dotarł szczęśliwie do Szczecina. Razem z moją mamą Teresą trafił 12 lat temu, tuż przed świętami.
Obok „Dziadka” stały rzeczy ważne jak na przykład zdjęcie ciotki Barbary w mundurze wojsk gen. Maczka i zdjęcie wuja Karola. Bzy w maju, później pachnące, papuzie tulipany, dziadkowe róże, wazon też został przywieziony do Szczecina. Widzę tam jeszcze drobne, pomarańczowe mieczyki, którymi handlują działkowicze w Szczecinie, ale niestety niezbyt często; od ciotki Czesi dostawaliśmy czasem pachnące, podwójne goździki. I konwalie, konwalie – ale dla nich przeznaczony był taki ciemnobordowy, szklany wazon. Maciejka dostawała się do mieszkania sama. W maleńkim pokoiku stała biblioteczka i radio Pionier. Dziadek i „Dziadek” słuchali w nocy Wolnej Europy, „Głosu Ameryki”. I dębowy stół, który dopiero naprawi chyba kolejne pokolenie. Niby taki trwały i twardy w obejściu, jak to stół, jednakowoż się lekko kiwa. Dobrze się przy nim siedzi, właśnie siedzę. Dziadek rysował dziwne, pastelowe krajobrazy, pod wpływem „Wolnej” – chyba – powstawały ołówkowe portrety. A ja teraz właśnie piszę. Gdyby tak razem… Był też jeszcze czterostopniowy podest z mnóstwem kaktusów i drzewka cytrusowe, chyba cytryny, które owoców nie dawały. Czasem były wypożyczane do dekoracji Grobu.
W Marszu Niepodległości wzięło wczoraj udział 250 000, ten dzień wart byłby i miliona uczestników. Momentami piękny, a momentami wręcz złowrogi. I nie chodzi o incydenty. Szkoda, gadulstwo komentatorów zagłuszyło tę niezwykłą momentami muzykę, brzmienie tego marszu. W niedzielę rano, przed marszem, poszliśmy na cmentarz iżby wspomnieć pamięć zasłużonych zmarłych. Okazało się, że wspomnienie ofiar wojny 1939 roku pojawiło się na cmentarzu centralnym w Szczecinie, w 50 lat po jej wybuchu.
Życzę nam i naszemu rządowi, żeby świat nie przykleił nam kolejnej łatki. Tym razem faszystowskiej. Życzę zimnej głowy i nie dawajcie się wypuścić w maliny. Mam nadzieję, że odpowiedź na komentarze prasy międzynarodowej będą udziałem polskich publicystów. Wszystkich. Nie wiem jakich argumentów użył rząd w rozmowie z organizatorami marszu i jakie ultimatum postawił np. aktywistom ONR. A może było wręcz odwrotnie?
Wczorajszy marsz był wg mnie sprawdzianem wytrzymałości „antykibolskiej” części PIS. Jeżeli coś by się wydarzyło, gdyby manifestacja miała skrajnie faszystowski, a nawet nacjonalistyczny charakter, ONR zostałby rozwiązany, podobnie jak stowarzyszenie organizujące ten marsz. Nie powiem – no wreszcie, bo każdy ma prawo do wypowiedzi, ale nie musi mieć racji. Musi jednak wiedzieć co mówi i co robi.
Głowa „Dziadka” była jedynym takim „portretem” zachowanym w Ostrowi Mazowieckiej i Mama pożyczała ją gdy organizatorzy uroczystości państwowych o to się do Niej zwrócili, ale to już po 1989 roku. Nawet z Ostrołęki, Łomży i Różana.


Monumentalny pomnik „Dziadka” na koniu, pewnie na Kasztance, na terenie Szkoły Podchorążych Piechoty w Komorowie Ruscy (nie ma pomyłki – Ruscy a nie Rosjanie) wysadzili, nie udało się tej okazałej rzeźby schować. Szkoda, że takiego pomysłu nie było; już w 1939 Miasto było w kleszczach dwóch okupantów, granica sowiecko-niemiecka przebiegała między wsią Podborze a miastem. Po II Wojnie Światowej R. wysadzili w Komorowie powietrze trzy pomniki: marszałka Józefa Piłsudskiego, biskupa Władysława Bandurskiego oraz porucznika Piotra Wysockiego – popiersie. Trudno nie mieć do nich o to pretensji.
Jak to się stało, nie pierwsze i nie ostatnie to pytanie, że nie zachowujemy równowagi w życiu politycznym. Nie uznajemy patriotyzmu jako wartości narodowej, uniwersalnej tylko wymyślamy patriotyzm dla siebie, nie indywidualny, bo ten jest zdecydowanie usprawiedliwiony i zrozumiały, a patriotyzm ten „dla siebie” jest swej istocie, jest w założeniu antypatriotyzmem „tych innych”. I wtedy, jakże łatwo ów patriotyzm „tych innych” wyśledzić, wyniuchać, wysłuchać, użyć wszelkich zmysłów i pomysłów, żeby gębę antypatriotyczną sporządzić, lubo też gąb wiele, i nasadzić tym co stoją choćby w innym miejscu.
Dla każdego obywatela III RP świat szykuje nowe gęby. Najpierw była to gęba nieudolnego durnia i Polnische Wirtschaft, stworzona na wzór człowieka kolonialnego; byliśmy przez jakiś czas Murzynami „oświeconej” Europy, a gdy się okazuje, że już teraz z tym durniem nie wychodzi, dostaniemy wszyscy do niesienia fascis, jako symbol współczesnego Polaka. To chamska bzdura. Rząd to nie naród. Wielka szkoda, że trzeba to światu przypomnieć w takim dniu. I rządowi również.
Takie święto, może właśnie 12 listopada – Święto Traconego Rogu. Powinniśmy dostać gębę Jaśka na gumce (może być pan Perepeczko) i czapkę krakuskę, przyszytą dratwą do sukmany, żeby się nie gubiła. O jednej porze, w dniu nie zakłóconym żadnym świętem, o konkretnej godzinie będziemy dęli w rogi, na każdym rogu. Mogą być nawet trąbeczki. Żebyśmy pamiętali o swojej głupocie. Żeby to był dzień opamiętania. Takie święto, może właśnie 12 listopada.
Wczoraj był to jednak marsz piękny, wart nawet miliona uczestników, szkoda że bez tego brzmienia, dźwięku, pomruku tego tłumu, zagłuszonego gadaniną. Gdyby – wiem, że to zabójstwo dla mediów – gdyby chociaż raz był wyłączny przekaz z ulicy, bez tych pokracznych bo oględnych  dyrdymałów i wszystkowiedztwa. Przecież przed tymi telewizorami, nie chcieliśmy gadania, chcieliśmy wspólnoty.

I znowu mieliśmy dużo szczęścia, że nic złego się nie przytrafiło. W Warszawie – a we Wrocławiu? Czy dużo było trzeba?
Bardzo przepraszam Krakusów za tę czapkę krakuskę, bo copkapiękna tyle co cud, ale tak chciał Wieszcz Pan Wyspiański. A to nie klarnet przecie.

Z szacunkiem dla wszystkich ludzi, którzy mogli ostatecznie to wszystko popsuć i tego nie zrobili. Bez ironii dziękuję…

Wojciech Hawryszuk,
Przy Kaszubskiej, 12 listopada 2018 r.