Upadek gospodarki morskiej jest jednym z czynników wzrostu bezrobocia w Szczecinie i regionie. Rozwój tej gałęzi gospodarki, a nie ponowne odwrócenie się od morza jest zatem konieczny dla przyszłości miasta. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co się stało ze Stocznią Jachtową (nieboszczyk Teliga przewraca się w grobie), "Transoceanem", „Odrą”, „Gryfem”, „żeglugą Szczecińską” . Zostali przecież ludzie, zostały nabrzeża, baseny, pomieszczenia. W tych pomieszczeniach pracują ludzie wywodzący się ze starych firm, u nowych właścicieli i dzierżawców albo u siebie. Znikły znane, budowane przez dziesiątki lat marki. Kapitał w szerokim tego słowa znaczeniu został zdekoncentrowany i uśpiony. Znikły powiązania organizacyjne i prawne. Coś co dawało pracę tysiącom ludzi – znikło. Elity gospodarcze miasta i województwa straciły zdolność konkurowania nie tylko w tej ale i w tamtej rzeczywistości. Przecież w tej dziedzinie nie nastąpiło jakieś trzęsienie ziemi. Kadry są te same. To są dziewczynki i chłopcy z tamtych lat. Nie potrafiły nic sensownego zrobić dla miasta i regionu. Upadek „Gryfa” zaczął się wczoraj, a nie dzisiaj. Uważam, że jeszcze nie jest za późno aby myśleć o odbudowaniu dawnych marek. Nie wolno stracić tego co jeszcze zostało. Poddać się możemy w każdej chwili. Rynek potrzebuje towarów. Kto zastąpił produkty naszych, szczecińskich firm na rynku.Poznajmy opinię na temat rynku rybnego w Polsce oraz firm które weszły na miejsce naszych upadających i upadłych przedsiębiorstw. Przedstawiamy Państwu rozmowę z Wiceprezesem Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb Panem Stanisławem Klesykiem. Rozmawia Wojciech Hawryszuk
W toczącej się na łamach Gazety na Pomorzu dyskusji o przyszłości Szczecina, jego kondycji, pomysłach na dalszy jego rozwój, padają również i takie stwierdzenia, że „renta geograficzna” miasta nie istnieje a położenie źle wpływa na rozwój miasta...Stanisław Klesyk wiceprzewodniczący Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb : Szczecin ma doskonałe położenie. Ale pieniądz jest bezimienny. I nie ma sentymentów. Jeżeli w tej chwili inwestuje się np. w produkcję elementów betonowych dla Berlina to dlatego, że jest ona bardzie efektywna ekonomicznie. Ale aglomeracja szczecińska może stać się miejscem, w którym skoncentruje się przemysł przetwórstwa ryb. Macie znakomity Wydział Rybołówstwa i Technologii żywności Akademii Rolniczej, kierowany prze Prof. Edwarda Kołakowskiego. To najlepsza placówka badawcza w kraju. Znają technologie i cały czas opracowują nowe. Są rzeczywistymi sojusznikami przedsiębiorców przetwórców ryb.
Czy można zatem liczyć na inwestycje związane z przetwórstwem ryb i organizmów morskich w Szczecinie?
S.K. -Jeżeli miasto potrafi przewidzieć w planie zagospodarowania odpowiednią ilość powierzchni pod działalność związaną z przetwórstwem spożywczym, korzystając z fachowej wiedzy specjalistów od ochrony środowiska, zachowując związane z przemysłem przetwórczym strefy ochronne, wymagania Sanepid odnoszące się do prowadzenia nowoczesnego zakładu, to znajdzie się inwestor, kapitał który w Szczecinie zainwestuje. Pamiętajmy jednak, a pokazuje to przykład firm działających w naszym Stowarzyszeniu, że administracyjne ograniczenia czy preferencje nie są najważniejszym motywem działania przedsiębiorcy.
Kto w Polsce inwestuje w branży rybnej?
S.K. -90 % inwestorów było związanych z tym przemysłem od zawsze, głównie w latach 70-tych - niezwykle dla rozwoju przemysłu korzystnych. Byli to rybacy oraz ludzie świadczący w małych firmach usługi dla wielkich przetwórców. Utworzenie takiej firmy jest trudne. Produkcja spożywcza podlega bardzo silnym rygorom sanitarnym, technologicznym i biologicznym. Trzeba cały czas się uczyć i powoli budować. To nie to samo co założenie np. szwalni.
A spoza branży rybnej?
S.K. - Na przełomie 89 i 90 roku w „ryby” postanowił zainwestować Prezes naszego Stowarzyszenia, pan Jerzy Safader. Budował firmę przez 11 lat. Codzienną pracą. Wtedy stanęły na nogi wszystkie firmy. Lata 89 – 92 były najlepszymi dla tej branży. Są takie przykłady inwestowania „ z zewnątrz” ale rybami zajmują się raczej ludzie związani z tym przemysłem od zawsze.
Wchodzimy do Unii Europejskiej. Czy uda się tam wejść przemysłowi rybnemu bez większych problemów podobnych do tych np. które nękały nasze mleczarnie?
S.K. - Od wielu lat polski system kontroli weterynaryjnej procesów produkcji wyrobów pochodzenia zwierzęcego jest najbardziej efektywny w świecie. Z całą świadomością stwierdzam, że w Polsce nie jest możliwe przetwarzanie importowanych ryb, które nie spełniałyby określonych norm sanitarnych, chemicznych i biologicznych. Ryby są jedynym białkiem zwierzęcym które jest wolne jakichkolwiek chorób wirusowych. Ryby nie są szalone i nie mają pryszczy.
Jak są kontrolowane dostawy ryb na granicy?
S.K. - Każdy „wchodzący” do Polski kontener jest sprawdzany. Losowo wybierane są kartony i proporcjonalnie do wagi pobierane próbki. Każda dostawa spełniająca normy dostaje certyfikat dopuszczający do obrotu na rynku rybnym.
Wróćmy do Szczecina. Nasz przemysł przetwórczy nie istnieje. Czy uważa Pan, że bezrobotni rybacy, specjaliści od obróbki ryb – słowem fachowcy w tej branży mogą mieć wpływ na odrodzenie się tej branży w Szczecinie ?
S.K. - Przez wiele lat tłumiono przedsiębiorczość niszczono indywidualności, tolerowano bylejakość i panowała postawa roszczeniowa. Zasiłek za obecność, zwany płacą, za tzw. Pracę. I wszyscy wyciągają ręce do budżetu. Ale to nie jest perpetum mobile. To z jednej strony. A z drugiej strony – polski filet V z mintaja jest najlepszy na świecie, Polacy umieją to robić. I wiele innych wyrobów.
Dlaczego upadł „Gryf”?
S.K. -Z braku pieniędzy. A za to odpowiada zarząd firmy. Taka jest prawidłowość w 80 na 100 przypadków. Firma upada z powodu złego zarządzania. Każdą wydawaną złotówkę trzeba obejrzeć. Jeżeli wyda się choć jeden grosz z kredytu niezgodnie z przeznaczeniem zaczyna się zjazd w dół. Trudno ludziom zatrudnianym w państwowych firmach to zrozumieć.
A może to Rosjanie nas nie lubią?
To nieprawda. Ludzie, konkretni ludzie w Królewcu, Moskwie, Sankt Petersburgu, na Białorusi i Ukrainie są nam przychylni. Czekają na przywrócenie normalnych stosunków. Stosownie do skali możliwych kontaktów gospodarczych. Ale prawdą jest, że pomijano ten rynek i odnoszono się do niego z nieufnością.
Czyli „Gryf” został przejedzony ?
S.K. -Tak. „Gryf” zjadł własny ogon. Jeżeli zapomina się o opłatach za kwoty połowowe, a pamięta o pensjach Rady Nadzorczej i Zarządu, finał jest oczywisty.
Czy tylko w tym miejscu „Gryf” jest pogrzebany?
S.K. -Na początku procesu transformacji państwo zapomniało o własnych przedsiębiorstwach. Nikt nie czuł się za nie odpowiedzialny . Skoro pojawiły się pierwsze oznaki kryzysu, należało silną ręką stworzyć jedno przedsiębiorstwo. Fuzję „Gryfa”, „Dalmoru” i „Odry”. Z jednym zarządem i jedną radą nadzorczą. Albo wręcz z zarządem komisarycznym i konkretnym programem naprawczym. Przecież wtedy były trzy rady, trzy zarządy i 120 statków. Teraz – powiedzmy przykładowo - mamy 30 statków i nadal trzy rady i trzy zarządy.
Aktualnie sektor gospodarki rybnej znajduje się gestii Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Czy to początek końca problemów ?
S.K. -Uważamy, że dobrze się stało, że sektor gospodarki żywnościowej jest zarządzany jednolicie. Stało się to za sprawą głównie parlamentarzystów zachodniopomorskich m.in. Pani Pieli – Mielczarek i i Pana Jacka Piechoty i Pana Ministra Artura Balasza. Było to prawdziwe porozumienie ponad podziałami.
W lipcu miną trzy lata od chwili utworzenia Stowarzyszenia. Kto je wymyślił i założył?
S.K. -Chcieliśmy skonsolidować branżę przetwórców ryb. Stowarzyszenie wymyślone przez m.in. Cezarego Toustego, Leszka Dybca, Wojciecha Strużynę, Jerzego Safadera, Zygmunta Dyzmańskiego i mnie mało być przeciwwagą dla administracji, a z drugiej strony partnerem w rozmowach. Idea takie stowarzyszenia jest również odpowiedzią na przepisy unijne o tego rodzaju stowarzyszeniach samorządowych. Utrzymujemy się z własnych składek oraz sponsoringu.
W kołobrzeskich warsztatach poświęconych przepisom i dyrektywom weterynaryjnym dla przetwórców i lekarzy bierze udział ponad 300 osób?
S.K. -To jedna z form działalności Stowarzyszenia, które obejmuje 75 % potencjału rynku a firmy stowarzyszone eksportują 90 % przetworów rybnych i ryb.
Jak zarobić pieniądze w tym biznesie, w Polsce?
S.K. -Zacząć od małej firmy, od kilku pracowników. W ten sposób zaczynała zdecydowana większość firm. Weźmy „Superfish”. Bracia Stróżyna, Jan i Wojciech tak właśnie zaczynali. Teraz zatrudniają 1200 osób w nowoczesnej firmie. Pan Zygmunt Dyzmański w PRL był starszym cechu przetwórców ryb w Gdańsku. Przetrwał najgorsze czasy. W zasadzie w jego firmie nie zmienił się tylko obrys działki. Jego „PRORYB” eksportuje do USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec. Dwie różne drogi, dwa różne początki. I do tego konsekwencja i mądrość działania.
W kwietniu Stowarzyszenie złoży aplikację do Unijnego Zrzeszenia Stowarzyszeń Przetwórców Ryb. Gościliście Panowie Irlandczyków...
S.K. -Byliśmy również z rewizytą w Irlandii. Wg partnerów z Zielonej Wyspy nasze Stowarzyszenie spełnia wymogi członkostwa w zrzeszeniu afiliowanym przy Komisji Unii Europejskiej. Irlandczycy mają rekomendować nas jako członka tego zrzeszenia.
Czy to prawda ...
S.K. - Tak.To prawda. Istnieje możliwość zatrudnienia naszych rybaków i specjalistów od przetwórstwa ryb. Mówimy o 2500 miejsc pracy. Ale sprawa ilości miejsc jest otwarta.
Co daje nam uczestnictwo w unijnym zrzeszeniu – pieniądze, dostęp do funduszy?
S.K. -Tak, ale nie jest to cel główny. Przede wszystkim równie ważne są decyzje odnośnie wysokości kwot połowowych. W Polsce przetwarzamy 6000 ton łososia. W Bałtyku łowimy 23 000 sztuk czyli ok. 1200 ton. Powtarzam, będziemy równorzędnymi partnerami w negocjacjach. Z prawem veta w sytuacjach skrajnych.
Co jest charakterystyczne dla polskiej oferty handlowej?
S.K. -Choćby to, że w ciągłej sprzedaży mamy 60 wyrobów ze śledzia. W Europie można spotkać 5 – 6. Przeważnie w sosach śmietanowych.
Czym 400 producentów, przetwórców zaskoczy nasze podniebienia ?
S.K. -Nie ma tygodnia, aby szanująca się firma przetwórcza nie zaproponowała nowych kompozycji smakowych. Choćby słodkie marynaty i sosy...
Po skandynawsku ...
S.K. -Niekoniecznie po skandynawsku. W Skandynawii nie przyprawia się ryb miodem. Do tego dochodzą rodzynki, cynamon, gałka muszkatołowa, goździki. Ryba nie może się znudzić. Polskie podniebienia preferują klasyczne salinaty śledziowe na tackach, z olejem, śledzie marynowane w olej, z cebulą. I to rynek decyduje o tym co się będzie produkować.
Czyli czekają nas tylko sałatki, konserwy, salinaty...
S.K. -Właśnie nie. Musimy się w Polsce dopracować takiej sytuacji aby ryby i organizmy morskie trafiały do klienta schłodzone do 0 stopni. świeże.
Targ rybny np. w Szczecinie...
S.K. -Nie tylko. We wszystkich większych aglomeracjach związanych z wodą. Szczecin, świnoujście. Myśląc o targu rybnym, myślę o takim targu jak w Bergen. . świeża ryba z nocnego połowu. O 6.00 zaczynamy i kończymy o 12.00. Ta sama ryba nie trafia dwa razy na targ. Jedzie do przetwórni. Sprzątanie, usuwanie lodu. I na miejscu targu rybnego stawiają stragany z kwiatami
A ryby sprzedają rybacy z kutra ...
S.K. - Skądże. Trudno sobie wyobrazić wstęp do portu kilku tysięcy ludzi. Nie ma żadnych rybaków. Handel organizują handlowcy. Oni dbają o zaopatrzenie. Miasto daje infrastrukturę. Musi to koniecznie zapewnić. Targ rybny to taka folklorystyczna odmiana sklepu rybnego. Ale taki „folklor” daje nabywcy gwarancje świeżości ryb. Praktycznie bezpośrednio z burty. Bez zbędnych pośredników. Tym samym taniej. Zyskuje konsument.
Jakie ryby lubi najbardziej Prezes Klesyk ?
S.K. - Może Pana zdziwię ale śledzia. świeżego bałtyckiego śledzia. To jedna z najsmaczniejszych ryb na świecie. A A większość ryb występujących w Europie już jadłem i znam praktycznie wszystkie smaki.
Ale muszą być świeże...
S.K. -świeże , lodowane, sprawione i usmażone...
Dziękuję za rozmowę.
Wnioski z rozmowy:
-
Liczy się inicjatywa i praca. Obawiam się, że tych przymiotów u wykształconych zarówno wtedy jak i teraz nie ma. Nawet młodzi ludzie nie szukają pracy tylko etatów. W pojęciu wielu Unia Europejska jest źródłem dotacji, funduszy, euroetatów i splendoru, a nie rynkiem zbytu.
-
Radni samorządowi dowolnego szczebla nie rozwiążą problemu. Inkubatory to zabawa albo wręcz zabawka w nowe etaty. Jeszcze jedno miejsce dekoncentracji kapitału. Kapitał który mamy trzeba skoncentrować na jednym, dwóch przedsięwzięciach strukturalnych. To zachęci ludzi do podjęcia ryzyka.
-
W Szczecinie Nie powstanie nowy „Gryf”. Można jednak postawić na stare, znane marki. Niekoniecznie zaraz wielka wytwórnia czy koncern. Skupmy wokół starej marki małych przetwórców. Nie pozwólmy na to aby wypróbowane, szczecińskie receptury trafiły do Skolwina.
-
Owszem mamy i doliny, i krzem. To jednak nie wystarczy do powstania Silicon Valley. Zresztą i tam też czasem zabraknie prądu. Ze względu na to, że mamy zaplecze fachowe i naukowe, badawcze należy utworzyć park technologii spożywczych. Stworzyć perspektywę zrobienia dobrego interesu ale dla debiutantów. Wiek nie jest tu ważny. Znaleźć ludzi szukających pracy a nie etatów. Miejsce – łasztownia, Port Rybacki GRYF. Odtworzymy kawałek starego Szczecina i tchniemy w niego życie.
-
Przemysł przetwórstwa ryb, nawet realizowany jako rękodzieło czy rzemiosło może być szansą na wielu ludzi. Ręczna robota, ręczną robotą, a wymogi higieniczne muszą być spełnione. Te wymagania hamują inicjatywę wielu ludzi, bo wymagają poniesienia dużych kosztów na samym początku inwestycji.. Dlatego – Park technologiczny, rozbudowywany z roku na rok.
-
Tezą o charakterze ogólniejszym jest propozycja utworzenia szczecińskiej Fundacji Inicjatyw Lokalnych. Ponad partyjnej, zajmującej się rozwojem gospodarczym miasta.