Wojciech Hawryszuk - 1953-2020

Myśli przyłapane - cytaty, komentarze, zapiski...

Dziesięć lat wcześniej

  • Po latach absencji chyba wraca pan do wielkiej polityki – sugerują, pytała go w czerwcu 2001 roku „Gazeta Wyborcza”.

  • Dzięki bratu – odpowiedział nie polemizując, Jarosław Kaczyński – poparcie dla niego jest, być może, zapowiedzią takiego zjawiska, które wiele razy się w polskiej historii zdarzało, a mianowicie rewolucji moralnej.

 

Tomasz Lis „Polska, głupcze” 2006

    Okrutne morze nie znosi dyletantów, tchórzy i partaczy. Posyła na dno słabe statki i zmywa z pokładu ludzi, którzy nie trzymają się liny. Upadek części gospodarki morskiej związanej z przemysłem przetwórczym jest jednym z czynników wzrostu bezrobocia w Szczecinie i regionie. Konieczny jest nawet nie rozwój, bo nie ma już czego rozwijać, a pobudzenie tej właśnie gałęzi.

2001

    Na początku marca, w Kołobrzegu spotkali się członkowie Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb, ponad 300 osób z całej Polski oraz przedstawiciele Głównego lekarza weterynarii . Konferencja i warsztaty specjalistyczne. Pojechałem tam, aby namawiać firmy do udziału w kolejnym, II Jarmarku Rybnym. Powoli realizuję pomysł – zarybienie Szczecina. Brak kompletnego zainteresowania Szczecinem, a z drugiej strony rynkowe sukcesy firm prywatnych, w większości skupionych w Stowarzyszeniu to temat mojej rozmowy ze Stanisławem Klesykiem - wiceprezesem Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb mającego siedzibę w Koszalinie.

    Ryby dla obywatela to sałatki, konserwy, salinaty, wędzonki. Byłoby znakomicie, gdyby ryby i organizmy morskie trafiały do klienta w Polsce, lodowane, schłodzone do 0 stopni. świeże i pachnące, tak mówi średniowieczna pieśń i Czesław Niemen. Nic zatem nowego.We wszystkich większych aglomeracjach związanych z wodą, w Szczecinie, świnoujściu, Koszalinie powinny powstać targi rybne, specjalistyczne place handlowe. świeża ryba z nocnego połowu jak w Hamburgu i Bergen. O 6.00 zaczynamy i kończymy o 12.00. Ta sama ryba nie trafia dwa razy na targ. Jedzie do przetwórni. Sprzątanie, usuwanie lodu. Miasto daje infrastrukturę. Targ rybny to taka folklorystyczna odmiana sklepu rybnego. Ale ów „folklor” daje nabywcy gwarancję świeżości ryb. Ryba z burty. Bez zbędnych pośredników. Tym samym taniej. Zyskuje konsument.Tak może być, ale tak nie jest. 

    Wg statystyk, w Szczecinie zjada się mniej ryb niż na śląsku, w Podlaskiem i Warmińsko-Mazurskiem. Na trasie od Koszalina do Szczecina znajdziemy zaledwie 4 punkty gastronomiczne z rybami. A milionów turystów nie wabi na granicy województwa zapach świeżo wędzonego łososia albo piklinga. Nie ma zatem tradycji i nie było jej nawet w latach świetności „Gryfa” i „Odry”. Przymusowa cepeliada organizowana raz w roku na dni morza świadczyć miała o charakterze morskim miasta. Smażalnie - przeważnie nad morzem. Z rynku znikły również znane, budowane przez dziesiątki lat szczecińskie marki. Kapitał morski miasta i regionu w szerokim tego słowa znaczeniu został zdekoncentrowany i uśpiony. Elity gospodarcze miasta i województwa straciły zdolność konkurowania z innymi regionami nie tylko w ludowej, ale i w solidarnościowej rzeczywistości. Zarówno ludowe, jak i solidarnościowe elity nie zadbały o ludzi. Nie postawiły na ludzi. Nie pobudziły przedsiębiorczości. Młodzi ludzie nie szukają pracy tylko etatów. W pojęciu wielu Unia Europejska jest źródłem dotacji, funduszy, eurostołków i splendoru, a nie rynkiem zbytu. Inkubatory w naszym wydaniu to zabawa, albo wręcz zabawka w nowe etaty. Jeszcze jedno miejsce dekoncentracji kapitału. Przedsiębiorstwo to idea, misja, pomysł, wyobraźnia, kontakty, powiązania organizacyjne i prawne. Coś, co dawało pracę tysiącom ludzi – znikło. Niestety, z jednej strony chęć szczera, a z drugiej styropian promowały oficerów szczecińskiej gospodarki.

    Okrutne morze nie znosi dyletantów, tchórzy i partaczy. Posyła na dno słabe statki i zmywa z pokładu ludzi, którzy nie trzymają się liny. Upadek części gospodarki morskiej związanej z przemysłem przetwórczym jest jednym z czynników wzrostu bezrobocia w Szczecinie i regionie. Konieczny jest nawet nie rozwój, bo nie ma już czego rozwijać, a pobudzenie tej właśnie gałęzi. Nie dla turystów, a dla produkcji. Zatrudnienia. Zostali przecież ludzie, zostały nabrzeża, baseny portowe, pomieszczenia, chłodnie, a także morze i rzeka.

Uśpiony kapitał.

    W starych pomieszczeniach, ale przebudowanych, pracują fachowcy wywodzący się ze starych firm, u nowych właścicieli i dzierżawców albo u siebie. Przecież w tej dziedzinie nie nastąpiło jakieś trzęsienie ziemi. Upadek „Gryfa” zaczął się wczoraj, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a nie dzisiaj. Wtedy rozpoczęła się ekstensywna i antyrynkowa eksploatacja przedsiębiorstwa. Nie ma to jednak żadnego znaczenia – kiedy - ważne, że się stało.

A zatem gdzie jest „Gryf” pogrzebany? Na początku procesu transformacji państwo zapomniało o własnych przedsiębiorstwach. Nikt nie czuł się za nie odpowiedzialny . Skoro pojawiły się pierwsze oznaki kryzysu, należało silną ręką stworzyć jedno przedsiębiorstwo – uważa Stanisław Klesyk - fuzję „Gryfa”, „Dalmoru” i „Odry”. Z jednym zarządem i jedną radą nadzorczą. Albo wręcz z zarządem komisarycznym i konkretnym programem naprawczym. Przecież wtedy były trzy rady, trzy zarządy i 120 statków. Teraz – powiedzmy przykładowo - mamy 30 statków i nadal trzy rady i trzy zarządy.

Rynek jednak nie zniknął. Nie brakuje chętnych do kupowania rybnych produktów zarówno w Polsce jak i za granicą. I rynek ten się rozwija. W Polsce, w ciągłej sprzedaży mamy 60 wyrobów ze śledzia. W sklepach z pancernymi puszkami, znajdziemy teraz kilkadziesiąt gatunków ryb i organizmów morskich. Nie ma tygodnia, aby szanująca się firma przetwórcza nie zaproponowała nowych kompozycji smakowych. Choćby słodkie marynaty i sosy. Przyprawiane też miodem. Do tego dochodzą zamorskie korzenie - cynamon, gałka muszkatołowa, goździki, kardamon, kurkuma. Ryba nie może się znudzić. Polskie podniebienia preferują jednak klasyczne salinaty śledziowe na tackach, z olejem, śledzie marynowane w oleju, z cebulą.

Przedsiębiorczość i wyobraźnia. I kwestia smaku.Ktoś produkuje, sprzedaje, ktoś zatrudnia.

    Rynek potrzebował i potrzebuje nowych towarów. Ktoś musiał zastąpić produkty naszych, szczecińskich firm na rynku. A nic złego nie powiem o klasycznym, prawdziwym szczecińskim paprykarzu. Wielkie dinozaury zostały zastąpione przez wiele małych ssaków. Reakcja na bodziec u dinozaura trwała 6 sekund, u ssaków jest prawie natychmiastowa. W Polsce jest zarejestrowanych ok. 2000 firm związanych z rybami, z czego ok. 400 to znani na rynku przetwórcy i handlowcy; pozostałe firmy to indywidualni rybacy, smażalnie, wędzarnie i mała gastronomia. Kto zatem zainwestował w przetwórstwo ryb? Dziewięćdziesiąt procent inwestorów było związanych z tym przemysłem od zawsze - Stanisław Klesyk - głównie w latach 70-tych - niezwykle dla rozwoju przemysłu korzystnych. Byli to rybacy oraz ludzie świadczący w małych firmach usługi dla wielkich przetwórców. Utworzenie takiej firmy jest trudne. Produkcja spożywcza podlega bardzo silnym rygorom sanitarnym, technologicznym i biologicznym. Trzeba cały czas się uczyć i powoli budować. To nie to samo co założenie np. szwalni. Lata 89 – 92 były najlepszymi dla tej branży. Są również przykłady inwestowania „ z zewnątrz” ale rybami zajmują się raczej ludzie związani z tym przemysłem od zawsze .Różne są renty gospodarcze regionów – historyczne, stołeczne, geograficzne. Naszą szansą jest morze i rzeka. Tę szansę regionu dostrzegali i Niemcy i Polacy. Ale na polskie myślenie o tej szansie i jej realizowanie nadepnęła ociężała nierynkowość i pseudoplanowość ludowej gospodarki .

    Trzeba sobie zatem odpowiedzieć na pytanie co się stało ze "Transoceanem", Stocznią Jachtową (nieboszczyk Teliga przewraca się w grobie pod granitową falą, dlaczego zrobiliśmy to właśnie Jemu ?), „Odrą”, „Gryfem”, „żeglugą Szczecińską”. Czy zabrakło tylko pieniędzy, czy czegoś więcej? Czegoś więcej niż pieniędzy. Zabrakło przedsiębiorczości, a ta niezmiennie związana jest z wyobraźnią.Zadecydowała prywata, głupota i i najprawdopodobniej nepotyzm. Rodzinny, partyjny, korporacyjny – obojętne jaki, ale zadecydował. I na sam koniec karząca ręka rynku. Komornik, syndyk, likwidator. świadectwo prostej, nieskomplikowanej, polskiej dyscypliny gospodarczej. Na bruk.Szczecin ma doskonałe położenie ale pieniądz jest bezimienny – Stanisław Klesyk - I nie ma sentymentów. Jeżeli w tej chwili inwestuje się np. w produkcję elementów betonowych dla Berlina to dlatego, że jest ona bardziej efektywna ekonomicznie. Podstawą do działania w tej branży może być znakomity Wydział Rybołówstwa i Technologii żywności Akademii Rolniczej, kierowany prze Prof. Edwarda Kołakowskiego. To najlepsza placówka badawcza w kraju. Znają technologie i cały czas opracowują nowe. Są rzeczywistymi sojusznikami przedsiębiorców i przetwórców ryb.Aglomeracja szczecińska miejscem koncentracji przemysłu przetwórstwa ryb.Uśpiony kapitał.

Czy można zatem liczyć na inwestycje związane z przetwórstwem ryb i organizmów morskich w Szczecinie? Czy miasto potrafi przewidzieć w planie zagospodarowania odpowiednią ilość powierzchni pod działalność związaną z przetwórstwem spożywczym? Przemysł przetwórstwa ryb, nawet realizowany jako rękodzieło czy rzemiosło może być szansą dla wielu ludzi. Liczy się smak. Ręczna robota, ręczną robotą, a wymogi higieniczne, biologiczne muszą być spełnione. Jedno drugiego nie wyklucza. I takich rozwiązań nie wyklucza Unia Europejska. Nie zawsze musi być automatyczna linia produkcyjna. Spełnienie konkretnych warunków sanitarnych to duże koszty na samym początku inwestycji; one właśnie hamują inicjatywę wielu ludzi. Sanepid jest twardy. I dobrze, że jest twardy. Pamiętajmy, nie robimy sałatki na imieniny dla znajomych. Mamy wejść na europejski rynek.  Dlatego – może właśnie park technologiczny, pomieszczenia spełniające wymagania eksportu do wszystkich krajów świata, rozbudowywany z roku na rok. Dajmy, ale tylko debiutantom, młodym i starym, szansę poznania pracy i podjęcia ryzyka. żadnych etatów. Wchodzimy do Unii Europejskiej. Mamy pod bokiem Berlin, który będzie potrzebował jedzenia coraz więcej. Czy udaje się tam wchodzić bez większych problemów, podobnych do tych np. które nękały nasze mleczarnie? Od wielu lat polski system kontroli weterynaryjnej procesów produkcji wyrobów pochodzenia zwierzęcego jest najbardziej efektywny w świecie. Z całą świadomością stwierdzam (S.K), że w Polsce nie jest możliwe przetwarzanie importowanych ryb, które nie spełniałyby określonych norm sanitarnych, chemicznych i biologicznych. Ryby są jedynym białkiem zwierzęcym, które jest wolne od jakichkolwiek chorób wirusowych. Ryby nie są szalone i nie mają pryszczy. Piękna to wizja. W starym porcie „Gryfa”, na łasztowni, powstaje park technologii spożywczych. W starych murach nowoczesne technologie. Może nawet nowy „Gryf”. W każdym mieście może powstać taki park. Nawet, jeżeli „zarybianie” miasta to czysta metafizyka i romantyzm. Czemu nie odwołać się właśnie do tego, skoro racjonalne oferty inwestycyjne nic nie dają nam miejsc pracy? Trzeba poprzeć lokalne talenty. Debiutantów – niekoniecznie młodych – którzy nie będą transferowali dochodów za granicę. Uśpiony kapitał to nie fantazja. Bardzo znana firma „Superfish” z Kukinii pod Kołobrzegiem. Bracia Stróżynowie, Jan i Wojciech zaczynali od małej firmy, od kilku pracowników. Teraz zatrudniają 1200 osób w nowoczesnej, ekspurtującej firmie. Pan Zygmunt Dyzmański w PRL był starszym cechu przetwórców ryb w Gdańsku. Przetrwał najgorsze czasy. W zasadzie w jego firmie nie zmienił się tylko obrys działki. Jego „PRORYB” eksportuje do USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec. Dwie różne drogi, dwa różne początki. Do tego konsekwencja i mądrość działania. W ten sposób zaczynała zdecydowana większość firm działających na naszym rynku.

Każdą wydawaną złotówkę trzeba obejrzeć. Jeżeli wyda się choć jeden grosz z kredytu niezgodnie z przeznaczeniem zaczyna się zjazd w dół - twierdzi Stanisław Klesyk. Trudno ludziom zatrudnianym w państwowych firmach to zrozumieć. „Gryf” zjadł własny ogon. Jeżeli zapomina się o opłatach za kwoty połowowe, a pamięta o pensjach Rady Nadzorczej i Zarządu, finał jest oczywisty. Wg Stanisława Klesyka, to również nieprawda, że Rosjanie nas nie lubią. Ludzie, konkretni ludzie w Królewcu, Moskwie, Sankt Petersburgu, na Białorusi i Ukrainie są nam przychylni. Czekają na przywrócenie normalnych stosunków. Stosownie do skali możliwych kontaktów gospodarczych. Ale prawdą jest, że pomijano ten rynek i odnoszono się do niego z nieufnością. Czy bezrobotni rybacy, specjaliści od obróbki ryb – słowem fachowcy w tej branży mogą mieć wpływ na odrodzenie się tej branży w Szczecinie ? Stanisław Klesyk odpowiada wymijająco na to pytanie: Przez wiele lat tłumiono przedsiębiorczość, niszczono indywidualności, tolerowano bylejakość i panowała postawa roszczeniowa. Zasiłek za obecność, zwany płacą, za tzw. pracę. I wszyscy wyciągają ręce do budżetu. Ale to nie jest perpetum mobile. To z jednej strony. A z drugiej strony – polski filet V, z mintaja jest najlepszy na świecie, Polacy umieją to robić. I wiele innych wyrobów. Na I Zjeździe "Solidarności" przyjęto wiele dokumentów, które mogłyby być podstawą do uchwalenia ustaw. M.in. o spółkach pracowniczych. Nic dodać, nic ująć. Gdzie są te spółki? łatwiej jest powiedzieć - to oni, to Balcerowicz. Aktualnie sektor gospodarki rybnej znajduje się gestii Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Jest zarządzany jednolicie. Stało się to za sprawą głównie parlamentarzystów zachodniopomorskich m.in. Pani Elżbiety Pieli – Mielczarek, Pana Jacka Piechoty i Pana Ministra Artura Balazsa. Było to prawdziwe porozumienie ponad podziałami. Co zrobi z tą swoją zdolnością do wspólnego działania zachodniopomorskie lobby parlamentarne? To że mogą, nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości. Jeżeli nie oni, to kto, jeżeli nie teraz, to kiedy? Nie jest za późno aby myśleć o odbudowaniu dawnych marek. Nie wolno stracić tego co jeszcze zostało. W Szczecinie nie powstanie nowy „Gryf". Może lifting starych, znanych marek. Wokół starej marki mali przetwórcy. Poddać się możemy w każdej chwili.

Stowarzyszenie obejmuje 75 % potencjału rynku, a firmy stowarzyszone eksportują 90 % przetworów rybnych i ryb. W kwietniu Stowarzyszenie złoży aplikację do Unijnego Zrzeszenia Stowarzyszeń Przetwórców Ryb. Wg Irlandczyków, którzy gościli w Polsce nasze Stowarzyszenie spełnia wymogi członkostwa w zrzeszeniu afiliowanym przy Komisji Unii Europejskiej. Irlandczycy mają rekomendować nas jako członka tego zrzeszenia. Istnieje możliwość zatrudnienia naszych rybaków i specjalistów od przetwórstwa ryb. Mówimy o 2500 miejsc pracy. Ale sprawa ilości miejsc jest otwarta. Czy uczestnictwo w unijnym zrzeszeniu – daje pieniądze, dostęp do funduszy? Tak, ale nie jest to cel główny. Ale - jak podkreśla Stanisław Klesyk - przede wszystkim równie ważne są decyzje odnośnie wysokości kwot połowowych. W Polsce przetwarzamy 6000 ton łososia. W Bałtyku łowimy 23 000 sztuk czyli ok. 1200 ton. Powtarzam, będziemy równorzędnymi partnerami w negocjacjach. Z prawem veta w sytuacjach skrajnych. Branżę przetwórców ryb skonsolidowali m.in. Cezary Tousty, Leszek Dybiec, Wojciech Strużyna, Jerzy Safader, Zygmunt Dyzmański i Stanisław Klesyk. Dogadało się kilkaset konkurujących ze sobą firm. Są przeciwwagą i partnerem dla administracji. Prezes Klesyk lubi śledzia. Mimo, że z nie jednego morza ryby już jadł i zna wszystkie smaki. Ale świeży bałtyckiego śledź jest najsmaczniejszy na świecie. Ale muszą być świeże... świeże , lodowane, sprawione i usmażone... Sprzedawanie terenów to działanie ekstensywne. Na ile rozwojowe, miastotwórcze były dotychczasowe transakcje związane ze sprzedażą terenów i nieruchomości?

Ten kapitał będzie spał snem wiecznym. Pieniądze pochodzące ze sprzedaży są przeznaczane na modernizację miasta. W niewielkim stopniu inwestuje się w rozwój miasta czyli choćby w miejsca pracy. Niekoniecznie wprost. Mamy 300 km kw., kilka niesprywatyzowanych przedsiębiorstw, ale to się niebawem skończy. I zmniejszy się zainteresowanie urzędem miejskim wśród polityków. Nie będzie już miodu. Miejscem powstać forum rozwiązujące szczecińskie, regionalne problemy gospodarcze, a efektem jego działania ma byc utworzenie Funduszu Rozwoju, komercyjnego przedsięwzięcia umożliwiającego debiut na rynku. Tym samym kreującego postawy aktywne. Pieniądze na ten debiut mają banki, firmy i obywatele. To kwestia czystej psychologii i doświadczeń osobistych, czy obywatel złoży pieniądze w jakiejś instytucji finansowej, czy zainwestuje w pomysł. Czy ten kto ma pieniądze, będzie chciał zakładać przedsiębiorstwo, czy w jego imieniu takie przedsiębiorstwo założy - debiutant? Czy zatrudniać pracownika, czy szukać przedsiębiorcy? Czasem partnera niewygodnego, bo też walczącego o swoje. Udziały, prowizje, samodzielność. Kto jest teraz potrzebny, koń czy tygrys? Pamiętajmy o bankach, które też są przygotowane na inwestowanie w pomysły. Ale czy posiadacze kapitału będą chcieli ryzykować? Ani miasto, ani region nie są w stanie dać etatów. I nie dadzą. I zasiłków wystarczających dla wszystkich też nie. Zapomnieć trzeba o tym degenerującym ludzi sposobie rozwiązywania problemów społecznych. To ludzie ludziom dają pracę. Nie abstrakcyjne miasto czy państwo. Tu jest ten uśpiony kapitał.