O kulturze.
Nie znoszę pisać o kulturze.
Opowieści o kulturze występujące powszechnie, takie zwykłe gderanie, utyskiwanie czy wręcz jakieś lokalne, parafialne nawet bluźnierstwo, dla kultury nie mają najmniejszego znaczenia. To opowieści cmokierów najczęściej. Napiszę może zatem mniej więcej o liczbach w kulturze, bo nie odwrotnie. Czyli takiej arytmetyce kulturalnej. Może coś jeszcze?
Aby coś o kulturze powiedzieć, trzeba ją obserwować z dystansu. Dystans jest ważny, bo lepiej widać. Czuć lepiej z bliska, ale tu nie chodzi o czucie. Raczej o szkiełko.
Dlatego nie znoszę pisać o kulturze, bo nie powinni pisać ludzie, którzy coś tam kiedyś zrobili, a teraz nie robią nic. Trzeba robić, męczyć się, ryzykować, zmagać się z rynkiem, walczyć o widza. A nie tam gadać czy pisać.
Można jednak podjąć próbę opowiedzenia o kilku zasadach, o świadectwach, bo nie miernikach, sytuacji w kulturze. Zacznijmy. To ukłon w stronę czasu, przestrzeni i tożsamości.
Kultura, to również sprzedane bilety, nos organizatora (animatora) i jego ambicje - pasje. Kultura to sprzedane bilety, a nie rozdane zaproszenia. Tym się właśnie różnimy od Warszawy czy Krakowa. Różnica tkwi w tej proporcji. W latach poprzednich, wielki przemysł i garnizon wojskowo-milicyjny uzależnił kulturę od funduszy socjalnych. I tym samym biletów kupowanych za tanie pieniądze na imprezy przeważnie popularne, lub o zgrozo - rozdawanych za darmo wręcz.
Kultura, to (banał - jakże oczywisty - a jaki być może banał?) ilość sprzedanych książek i czasopism.
Krytyka i konkurencja, sól aktywności ludzkiej, w dziedzinie kultury także. Być może wszystkie spektakle pani Anny Augustynowicz - tego Symbolu sukcesu kultury szczecińskiej - są genialne, a być może niektóre - nie są. Warto byłoby się z Panią Reżyser posprzeczać, chętnie ludzie taką rozmowę by obejrzeli, lub przeczytali. Taki człowiek, krytyk, a właściwie tacy ludzie, wykształceni i ze znajomością rzeczy powinni poddawać rzetelnemu osądowi twórczość szczecińskich artystów. Osądowi - owszem, ale też wydobyć mogą ukryte dla przeciętnych oczu zagadnienia i "smaczki".
Kiedy pojawia się taki Symbol, to rośnie uspokojenie i wzmaga poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Niepotrzebnie.
Co i kogo trzeba w szczecińskiej kulturze szanować? Prywatną inicjatywę przede wszystkim. Wszelką. Choćby szefów prywatnych agencji koncertowych, muzycznych pubów i klubów, a także galerii. I wydawnictw. Oni żyją z kultury, i to właśnie dobrze świadczy o ich żywotności. że jeszcze żyją. To ludzie ambitni.
Ambicja, to udział w rynku, umiejętność i chęć wejścia na rynek. Wielu z tych liderów na szczecińskim rynku kultury czasem mawia, że wyniesie imprezy poza Szczecin, straszy, o ile miasto nie będzie finansowo wspierać właśnie ich projektów i finansować działalności administracyjnej stowarzyszeń.
Miasto wszystkiego nie sfinansuje, to jedno.
Miasto powinno finansować infrastrukturę, kształcić ludzi wrażliwych na sztukę. W szkołach powinny działać orkiestry, chóry i teatry. W szkołach powinni pracować wykształceni artyści. Pojawią się wtedy ludzie, którzy wydadzą pieniądze na bilety.
Wygląda jednak na to, że opinia publiczna jest prawdopodobnie zadowolona z tego co ma, bo więcej kształcenia od miasta nie żąda...
A jaka "kultura" tak naprawdę jest potrzebna w Szczecinie?
A skąd nagle takie pytanie? Ponieważ nigdy, w żadnej dyskusji, nikt nie był zadowolony ze szczecińskiej kultury.
* * *
Kultura, to ilość sprzedanych płyt z nagraniami szczecińskich zespołów, zarówno bluesowych, jak i klasycznych, filharmonicznych. Filharmonia sprzedaje swoje płyty w nakładzie 400 sztuk. A ile powinno się sprzedać - nie wiadomo - w każdym razie więcej niż jest miejsc na widowni w filharmonii.
Kultura to uczestnictwo. Nie tylko samo zdarzenie artystyczne. Bez odzewu, bez uwiedzenia widza, słuchacza nie ma kultury. To z pewnością szamańskie praktyki, ale kultura taka jest szamańska. To uczestnictwo finansuje kulturę tak naprawdę, pośrednio i bezpośrednio.
Jeżeli istnieje jakaś rada dla kultury - to życzyć wypada odwagi, ale i pokory, przed obiektywnie istniejącym światem zewnętrznym. Szczecińska kultura jest oddalona, i to nie geograficznie, od rynku.
Ale jak mówi kto o tej naszej kulturze, to skrzydła mu rosną i duma pierś rozpiera, z samego mówienia. Oczywiście jakieś tam zadowolenie jest, szczególnie urzędnicze. Choć nie tylko. Jedno ze stowarzyszeń uznało, że ich galeria należy do 20 najlepszych w Polsce. Można też tak, ale po co na litość boską? Nie ma co się kopać z tak zadowolonym wielbłądem, i nazwa stowarzyszenia pozostanie nieznaną.
Żeby dostać te pieniądze na "swoją sztukę", trzeba się rzeczywiście nieźle naprosić. To chodzenie po prośbie zabiera czas i energię, nie mówiąc o narastającej frustracji. Ale też, za pieniędzmi na "swoją sztukę" chodzili najwięksi i nieźle się przy tym chodzeniu natrudzili. I nabili sobie sporo guzów, nie mówiąc śmiechu tłumu i pogardzie.
Popularne wśród awangardy było takie stwierdzenie, swego czasu taki manifest i zasada wedle której, należy gryźć rękę, która daje artyście pieniądze. To taki radykalny sprzeciw wobec mieszczaństwa, filisterstwa, wobec dobrego samopoczucia filantropa łaskawego dla pospólstwa, dla tej artystycznej hałastry od czasu do czasu. Ale coś w tym jest.
Nie łasić się do władzy i do uwiędników magistrackich, którzy z tego powodu, że się do nich łaszą artyści czują się co najmniej jak Rodin, a powinni tylko jak Dźwigaj. Chociaż raz wydać pieniądze zamiast na bankiet, to na lepszy folder. Niech najbogatsi w mieście kupują bilety zamiast dostawać zaproszenia. Honorem teraz jest dostać bezpłatne zaproszenie, a nie jest - kupić bilet.
Gryzienie to przesada, ale całowanie z całą pewnością też.
Kilkuset artystów żyje i pracuje w naszym mieście. Czy znana jest jakaś idea, wizja, pomysł, na który dałoby się zebrać prywatne, ludzkie pieniądze, uzyskać wpłaty rzędu 50 - 100 złotych na konto budowy Czegoś Ważnego w Mieście? O takim przedsięwzięciu, które nie liczy na magistrackie pieniądze, a tym samym jest niezależne od gustów i urzędniczych fobii.
Trzeba nam koniecznie tej odwagi i godności. Przekonania o swoich racjach. O swojej wielkiej wizji. Sztuka to sztuka, rzecz niezwykła i niepowtarzalna, indywidualna i metafizyczna.
Toczy się dyskusja nad inwestycjami. Ile ma być tych inwestycji? Na nowe budynki czekają: Teatr Współczesny, Pleciuga, Opera i Filharmonia. Teatr Polski czeka na modernizację, nie ma Muzeum Morskiego, powoli rodzi sie Muzeum Techniki, będzie remontowana Willa Lenza.
Co tam się wydarzy? Ile koncertów zagra filharmonia, ile spektakli da opera, ile teatry? Ile biletów kupią ludzie na wystawy lub spotkania? Ile razy agencje impresaryjne zorganizują w tych nowoczesnych pomieszczeniach - i jakie - przedsięwzięcia?
Właściwie to nie ma dyskusji. To prezentacja stanowisk, przepychanka argumentów. Często wyjątkowo egoistyczna, tym bardziej, im częściej napotyka na brak wizji Prezydenta albo Marszałka.
Warszawski klub "Stodoła" był najlepszym miejscem kulturalnym w wymagającej stolicy. Mieścił się w stołówce pozostałej po robotnikach budujących Pałac Kultury. Ten przykład świadczy o tym, czym tak naprawdę jest kultura i o co w niej chodzi.
"Symfonii alpejskiej" nie da się "zagrać" dysponując składem kameralnym, ale skład kameralny może genialnie wykonać "Cztery pory roku" Rudego Księdza z Wenecji.
Czy myśląc o metropolitalnej (imperialnej w porywach, a raczej mglistym zamyśle) kulturze w metropolitalnym mieście, które nie jest metropolią, bo nie myśli tak o sobie i nic w tym kierunku nie robi, nie przekraczamy progu niekompetencji? Bo każdy - nie ma wyjątków - o taki próg może się potknąć.
* * *
Szczecin nie ma szczęścia do kultury, a raczej do artystów i animatorów. I od zawsze, a z pewnością przez kilka najbliższych lat tak jeszcze będzie, uznawał za szczyt potrzeb i możliwości, to co aktualnie posiada. Niezadowolenie artystów ma raczej charakter socjalny, i jest kierowane pod adresem władzy, a nie pod adresem kultury. Wg wielu ludzi bywałych w świecie, miejskie pieniądze załatwią wszystko. Pieniądze mogą wiele rzeczy ułatwić, ale nie załatwić.
Nie jestem admiratorem tzw. Wałów Chrobrego i estetyki Willi Lenza. Kajzer Wilhelm zniszczył fort Leopolda (jeden fort mogli zostawić, ale nie), bo podobno miasto nie mogło się rozwijać, a potem Herman Haken wybudował swoje imperialne tarasy, tak naprawdę odcinające miasto od rzeki. I to chyba za pieniądze pochodzące z kontrybucji wojennych. Publiczność stojąca na dole miała podziwiać urzędy na górze. A szpacery na górze - pod oknami urzędników państwowych i ubezpieczeniowych. Bardzo śmieszne. W latach 30-tych był pomysł, w miejscu gdzie stoi Herkules i Centaur, wybudowania teatru letniego. Aż się prosi, żeby wrócić do takiego myślenia. Ale ten szanowany budowniczy współczesnego kształtu miasta już nie potrafił stworzyć uniwersytetu. Miał na to 30 lat, szansa jakiej nikt we współczesnych czasach nie będzie miał. Czy zatem chciał - pewnie nie?
Uniwersytet to mentalność miasta. To rezultat poszukiwań elit co do dalszych losów i rozwoju miasta, a także dbania o kształcenie młodzieży. Bez wątpienia to ważny element życia kulturalnego. Partia-nieboszczka też traktowała Szczecin jako przyczółek przemysłowo-wojskowy, i też nie chciała - do czasu - uniwersytetu, bo to zawsze jakiś ferment, i rewolucja gotowa na kresach zachodnich wybuchnąć była. Może to poczciwa megalomania Wyższej Szkoły Nauczycielskiej doprowadziła do powstania szczecińskiego uniwersytetu? A może rzeczywisty, polityczny pragmatyzm, potrzeba chwili lub snobizm partii - nieboszczki. Jakże szlachetny w tym przypadku.
To nie prawda, że tysiąc małp, na tysiącu maszyn do pisania, przez 10 lat napisze w końcu Hamleta, czy tylko instrukcje obsługi moździerza. To literacka teoria i anegdota. A praktyka? Czy potwierdza tę teorię?
To nie prawda, że jak jest 70 000 studentów w mieście, czyli potencjalnych inteligentów - konsumentów kultury, 20 uczelni oraz uniwersytet, to zabraknie biletów do teatrów, filharmonii i na koncerty w Parku Kasprowicza. Zmian na Zachodzie, niestety nie widać.
Tak wygląda, i teoria, i praktyka szczecińska.
Ciepło, nie wieje, można przeżyć.
Wojciech Hawryszuk,
*/ Napisano na prośbę Andrzeja łazowskiego
Szczecin, luty 2007