Dla porządku – spytajmy – co to jest za zjawisko Kultura Studencka? Aleksander Butrynowski, filozof, z którym wiodłem spory na temat - czym jest ta kultura - 30 lat temu twierdził, że „Hej sokoły” i inne pieśni nazwane 30 lat później biesiadnymi, śpiewane na imprezach i ogniskach są właśnie kulturą studencką. Nie wiem co śpiewają dzisiaj studenci
Można stworzyć definicję, jeżeli mamy do czynienia ze zjawiskiem.
Trzydzieści lat temu w uczelnie wspierały kulturalną aktywność studentów. Studenci mogli zakładać kluby fotograficzne, filmowe, tańca towarzyskiego, teatry, chóry, zespoły pieśni i tańca, kluby studenckie środowiskowe, uczelniane, wydziałowe a nawet kierunkowe czy branżowe. Po tym jak powstały te wszystkie instytucje kultury studenckiej, zaczęto organizować przeglądy, festiwale, wystawy. Imprezy wymagały oprawy plastycznej – pojawili się plastycy. Dostali zawodową szansę. Powstawała prasa studencka, wydawnictwa – ponieważ odbywały się konkursy poezji. Było wreszcie radio studenckie, które towarzyszyło studentom codziennie.
Wszystko to powstało z biedy. Byliśmy najzwyczajniej – biedni. Ludzi nie było stać na aparaty fotograficzne i prywatne ciemnie. Na kursy tańca towarzyskiego, na wyjazdy zagraniczne. Byliśmy biedni i niewykształceni. A młodzi ludzie byli wrażliwi, przyjeżdżali z prowincji i szukali tego wykształcenia, niekoniecznie zawodowego. Nie każda szkoła średnia potrafiła wykształcić nawyk chodzenia do teatru. W powiatowym kinie nie było repertuaru „ambitnego”. Takie filmy można było obejrzeć w DKF-ach. Radio, a później telewizja i estrada oferowały standardowy program o charakterze „zakładowym”.
Nie byłoby Kultury Studenckiej gdyby nie było polityki. Na uczelniach działała organizacja studencka ZSP, która musiała się wykazać sukcesami. Byli też młodzi zdolni niepokorni, którzy chcieli tworzyć. Tak w skrócie. I ZSP promowało Kulturę Studencką jak przykład studenckiej aktywności i swojej skuteczności na polu działalności społecznej. Użyjmy języka organizacyjnego. Te działania studenckiej organizacji wspierała uczelnia, bo też musiała się wykazać przed władzą polityczną czyli PZPR. Były oczywiście różne szarwarki w postaci 1 maja, rewolucji październikowej oraz 22 lipca, ale nie dotyczyły wszystkich.
„Stara” Kultura Studencka rodem z PRL-u była wielkim tyglem samokształceniowym. Młodsi uczyli się od starszych. Starsi na szczęście odchodzili do wyuczonych zawodów, chociaż nie wszyscy, i zostawiali miejsce dla młodych. W klasycznym domu kultury byli instruktorzy różnych specjalności, w klubie studenckim byli koledzy. żyła tak naprawdę do czasu, kiedy istniała wspomniana potrzeba samokształcenia. To był chyba prawdziwy powód zejścia nieboszczki.
Pytanie, temat debaty „Gdzie się podziała Kultura Studencka?” - niech pozostanie bez mojej odpowiedzi. Na pytanie: Czy można do tego wrócić? - odpowiadam – Po co? I - Nie można.
Każde pokolenie ma swoją wrażliwość. Czyli – w każdym pokoleniu są ludzie wrażliwi.
Banalne ale prawdziwe – tylko studenci stworzą kulturę studencką. Swoją, jaką potrafią, jaką chcą. Legendę owszem, można bardzo łatwo napisać. Nawet wypromować. Ale nie każdemu wierzgnięciu pegaza będzie towarzyszyło natchnienie poetyckie. I odwrotnie, choć na dobrą sprawę nie podejmuję się dalszego rozwijania tej jakże obiecującej metafory.
PS Dlatego tekst opatrzyłem podtytułem „Napisano na zamówienie Andrzeja Łazowskiego”, ponieważ nie lubię być „starym wujem” i opowiadać jak to wcześnie pięknie było. Nie mówiąc o receptach i tajemnicach zapisanych w kronikach klubowych.