Myśli przyłapane - cytaty, komentarze, zapiski...

Tak się tylko mówi, że przez bandytów (kim byli, jakie dzieciństwo, jacy rodzice, która partia) może byli to zwyczajni, dobrzy ludzie, którzy zadziałali w dobrej wierze. A może źli, ale działający w dobrej wierze. Relatywizm to zupełnie coś innego niż dialektyka. Relatywizm może być zupełnie baśniowy, a dialektyka jednak odnosi się do faktów.

Nikt nie wie, kto stracił głowę. Neolit czy porcelit? A co się z nią stało?

Dzieciństwo z naszą sąsiadką panią Ambroziną należało do niezwykle atrakcyjnych. Na węglowej kuchni przylepione do żeliwnych drzwiczek piekło się ciasto kluskowe, kiedy doiła krowę przy naszym płocie to zawsze znalazło się trochę tego niezwykłego, ciepłego mleka, nawet prosto z dójki, niekoniecznie do kubka, o smaku nieznanym szerokiej publiczności; zdarzało się to wiele razy, aż połapała się moja Babcia Stanisława i oddała Jej pieniądze. Pani Ambrozina była niezwykle szczupła i teraz powiedziałbym, że żylasta. Smagła, jak Indianka i nieco głuchawa, stąd też mówiła bardzo głośno, a czasem jeszcze głośniej. Skąd wzięła się ta żona sąsiada Ambrożego przy rozmowach publicznych o niezwykłych wydarzeniach w podsuwalskiej wsi? Otóż oprócz tego wszystkiego i smacznego, i niezwykłej wprawy w wiązaniu myszy za ogony, owoż były opowieści straszliwe. Pani Ambrozina zbierała te umysły młode, sadzała gdzie się da, kuchnia i living room miały może z 10 metrów kwadratowych, chodziły kury, jakiś pies, koty ma się rozumieć i te opowieści. Zapamiętałem tę o odciętych płonących głowach, które toczyły się trawiastym rowem. Głowy były krwawe, i mrugały oczami. Innych okoliczności nie pamiętam z tej opowieści. Była ciemna głucha noc, najlepsza na takie wydarzenia. A my słuchaliśmy pani Ambroziny, wpatrzeni w ogień, w kuchnię, a było to z 60 lat temu. I pani Ambrozina wykrzykująca, jakby sama siebie chciała usłyszeć, w momentach wymagających zdecydowanego przestraszenia słuchaczy. W czym miała wielkie upodobanie.

Rzadko kiedy można poczytać o Wielkim Guslarze i dokładnie nie wiadomo co tam się teraz dzieje. Jak nam donosił Kir Bułyczow, pisał w pewnym sensie beletryzowane korespondencje stamtąd właśnie, czasem ” […] była to już pora jaśminów, pora ptaków i pora blasku…” i działy się w Guslarze nieprawdopodobne rzeczy, bardziej nieprawdopodobne niż te z podsuwalskiej wsi. Przypomniał mi się taki oto epizod. W guslarskim jeziorze pojawiły się pewnego dnia prawdziwe, złote rybki. Prawdziwe złote rybki. Można sobie wyobrazić, że już na drugi dzień, co druga wanna została wypełniona wódką, a z kranu w co dziesiątym gospodarstwie leciał gruziński koniak pierwszego sortu. Były też życzenia bardziej przyzwoite. Żadna w Wielkoguslarek i żaden z Wielkoguslarczyków nie wpadła na szczęście na pomysł, żeby zachować rybki na później. Zresztą warunkiem podstawowym transakcji było uwolnienie złotych rybek i wypuszczenie do jeziora. Lecz jakież było zdumienie wszystkich mieszkańców, kiedy z pola wrzeszcząc wniebogłosy biegł Iwan i machał pięcioma prawymi rękami (rękoma?) ! Iwan stracił rękę na wyrębie czy gdzieś w wojsku, nie pamiętam. I oto znaleźli się dobrzy ludzi, którzy mu dobrze życzyli i poprosili swoje rybki o prawą rękę dla Iwana (może to był Siemion). To dopiero heca. Cała ta historia nie mogła się skoczyć źle. Komuś zostało jedno niespełnione życzenie i szczęśliwie Iwan czy Siemion, kto by to pamiętał, został z jedną prawą ręką.

W Wielkim Guslarze wszyscy czekali na coś niezwykłego, czekali na jakiś cud. Jeżeli przypłynęły złote rybki, to przecież wszystko zdarzyć się może. Do życia podchodzili pogodnie. Nie chcieli wiele, ale wiedzieli, że jakiś cud, jakieś przebudzenie mają z w zanadrzu i się ów cud należy im jak rybkom wypuszczenie do jeziora. Smogu Wielki Guslar nie produkował to i czekać można było spokojnie.

Cała ta heca z podsuwalską głową, o której była mowa na początku, sugeruje pewne analogie z aktywnością cudotwórczą w Wielkim Guslarze. Może pod Suwałkami też ktoś zamówił u złotych rybek o jedną głowę za dużo? Taka bizantyńska rozrzutność… Może właśnie złośliwe złote rybki podrzuciły tę głowę przypadkowo w pobliżu płotu Znanej Osoby (pobliże to 140 km, owszem, dziwne ale to wyłącznie kwestia przyjętej skali) – nie wiadomo, nie wiemy. Jedna głowa i zaraz taki popłoch wśród policji? Czyżby obawa, że zbrodniarz – nawet ten pozytywny i przydatny, co to potrafi spuścić manto bliźniemu, poruszony urzędniczą niegodziwością onego, wróci na miejsce zbrodni lub w pobliże?

Wojciech Hawryszuk, 19 -20 grudnia 2018 r.