Przypominamy trochę ludzi oglądających przejeżdżające pociągi. Zsiadamy z roweru i zazdrościmy podróżnym w przedziałach, w wagonach sypialnych i restauracyjnych. Gapimy się, gapimy, gapimy i wsiadamy na rower. Od czasu do czasu pojawia się opinia, że nasze szczecińskie społeczeństwo jest głupsze od innych społeczeństw; mamy taki zarząd miasta na jaki zasługujemy; korupcja i pogoń za mamoną zżera nasze elity; nie mamy dobrego gospodarza. Ale to nieprawda. Nieprawda, że jesteśmy głupsi od innych. Co innego nasze czyny i dokonania. Wiele jest zdecydowanie głupich. Ale to nic dziwnego. Znane są powszechnie, choćby z literackich anegdot, wyczyny przyzwoitych ludzi po pijanemu. ślepną, głuchną a do tego kwiczą i podskakują. Zwłaszcza jak wychylą kilka głębszych okowity o nazwie „Władzowa”. Ułożenie właściwego asfaltu czy wybudowanie kładki to nic osobliwego. Dzieje się tak na całym świecie. Co to za zasługa, że za nasze pieniądze są remontowane szkoły czy porządkowane parki. Co to za powód do chwały, że przekazuje się społeczne pieniądze na kulturę czy sport? Coś trzeba robić. Są to rutynowe czynności urzędowe. Wykonują je wykształceni zawodowcy.
Czy zrobiliśmy jakiś dobry interes? Ostatnim dobrym spektakularnym interesem, jaki zrobiono w mieście było powołanie Uniwersytetu. I kolejnych wyższych uczelni prywatnych. Do miasta przyjeżdża kilkadziesiąt tysięcy studentów. Na swoje utrzymanie wydają pieniądze. Tak jak turyści. Sale wykładowe utrzymują restauracje, kina, puby, kawiarnie, księgarnie i właścicieli wynajmowanych mieszkań. Czy miasto powinno inwestować w Szkoły wyższe i czy inwestuje – oto jest pytanie. Na pierwsze odpowiadamy – tak, na drugie – nie. Ile zatem można zarobić na dobrym wykładowcy czy też na dobrym kierunku studiów?
Inwestowanie nie polega tylko na dotacjach, a współpraca na podpisywaniu ogólnych umów w towarzystwie telewizji i paprotki czyli JMR. Czy myśl, wiedza opłacanych też w końcu przez mieszkańców Szczecina, naukowców jest przez miasto wykorzystywana? W rozwiązaniu jakiego problemu pomogli naukowcy, jakie problemy są do rozwiązania w mieście? A może obca, pozaurzędowa myśl jest szkodliwa, powoduje stany zapalne, gorączkę i nieprzyjemne majaczenia? Może - uczulenia. Obraz magistarckich urzędników, wiecznie się drapiących, obsypanych krostami jest w Europie nie do przyjęcia. Nie mówiąc o Prezydencie z pypciem na czubku nosa. Zawsze będę to twierdził uparcie – jeżeli możemy spodziewać się pomocy, to tylko od samych siebie. Trzeba się po prostu zainteresować swoim miastem. Swoim życiem. Nie ma szacunku do wiedzy, nie ma obyczaju zatrudnianie mądrzejszych od siebie tylko właściwych politycznie. A gabinety cieni, to raczej gabinety chińskich cieni. Płaskie figury rzucane na ekran.
Nie będziemy i nie musimy być wielką metropolią. Pomyślmy, jak sprzedać naszą pracę większemu i bogatszemu. Podróż ze Szczecina do Berlina trwa krócej niż z Bemowa na Pragę. Musimy zaakceptować siebie, takimi jakimi jesteśmy. Ale do tego trzeba refleksji i pokory. Upartej pracy i pełnego szacunku przekonywania społeczeństwa do swojej polityki.
Co nas czeka w przyszłości; na to pytanie ma odpowiedzieć strategia rozwoju. Jedni twierdzą, że opracowana strategia to bzdura, inni już zapłacili i uważają, że kupili coś pożytecznego. W ankiecie skierowanej do nas mieszkańców kilka dni temu, gdzie trzeba określić priorytety 66 działań strategicznych, nie ma zagadnienia „bezrobocie” i „nowe miejsca pracy”. Publikowanie Ankiety po sporządzeniu Strategii jest pytaniem do dziecka jak ci się podoba braciszek, a ono wolałoby pokemona.
Strategia, zamiast zjednoczyć kapitał i umysły wokół wspólnego celu, wywołuje i wywoła kolejne pytania o wartość zlecenia, dlaczego tak dużo, kto wziął do łapy, czy przetarg został przeprowadzony prawidłowo i wreszcie – o co właściwie chodzi, jaka strategia, nic o tym nie wiem. Na koniec – wzruszenie ramion. Zwykła ludzka zawiść? Małostkowość?
Może nie zawiść, ale uczucie odrzucenia. Nie jesteśmy potrzebni, będziemy zwalczać, będziemy bierni, bo ta Polska nie jest moja. Moja, twoja, ich, czerwonych, czarnych, zielonych, starych, młodych, niebieskich, nasza, jego, wasza. Od dziesięciu lat polityka kolorowych zaimków. Kilka lat temu powstała Mapa Patologii Szczecina. Była przedmiotem prezentacji na kilku imprezach w kraju i za granicą. Podziwiano Ją, Prezydenta i Autora. Czy jednak dane z tego dokumentu wpłynęły na politykę miasta, czy słupek złodziejstwa opadł w Stołczynie dzięki jakiejś drobnej, ale ważnej dla tej społeczności, inwestycji? Pytamy tutaj o związek przyczynowy pomiędzy działaniem i efektami. Jakie nakłady są wydatkiem progowym, zaczynającym przynosić efekty? Pytamy polityków nie o styl zarządzania, ale o metodę. O znane od tysięcy lat zasady prakseologii i logistyki. Szansą dla Szczecina były na przykład hipermarkety. Ale poprzez to, że zostały zlokalizowane na terenie miasta, już nie są. Gdyby stanęły na rogatkach wpłynęłyby na rozwój inwestycji na odcinku miasto – rogatki. Przemysłowych, rekreacyjnych, mieszkaniowych.
Pewną szansą dla Szczecina był koncern Elektrim; jego długoletni szef, wykładał na Ekonomii. Skończyło się na kablach i jogurcie. Ile razy ówczesny Zarząd Miasta Szczecina spotkał się z Prezesem Andrzejem Skowrońskim? Pewnie nie tylko szczecińską specjalnością jest pewien gatunek sosu; to sos publiczny, zbliżony w swym wyrazie do beszamelu. Aksamitny w smaku, ale z nutką podpieczonej cebulki – szalonki, puszysty dzięki narodowej pianie ubitej na sztywno; dodać pod koniec przyrządzania. łyżka kremówki. Do tego dwa żółtka złociste jak dwie trąbki szczecińskich hejnalistów, rozmącone wiatrem od morza (rzadkim i nieznanym w okolicy). Pod koniec przyrządzania dwie szczypty bezpretensjonalności i dobrego samopoczucia rządzących i niezmąconą pewność siebie opozycji utłuczoną na miałko.
Bezpretensjonalność, dobre samopoczucie i niezmącona pewność siebie powinna być zbierana w noc świętojańską, w blasku sztucznych ogni i w chwilę później. Dzięki temu sosowi każda potrawa szczecińska zachowa specyficzny smak. Spożycie szczecińskiego sosu wywołuje różne halucynacje i niespokojne sny. Jeden z naszych Prezydentów, po zjedzeniu jakiejś morskiej ryby podanej z tym właśnie sosem, miał dziwny sen.
śniło mu się, że znalazł się na dużym, czystym osiedlu, pięknym jak marzenie bezdomnego; nie było tam murów i krat, kodów i kart magnetycznych, bawiły się dzieci, nawet stłukły szybę i nie było większych awantur; łaziły psy i koty, było nawet jeziorko z traszkami i stare drzewa. Domy stały na wzgórzach, dołem płynęła rzeka, dalej, zamglone rozlewisko albo jezioro. Kiedy wchodził na teren osiedla przeczytał jego nazwę – „Osiedle Prezydentów”. Na tabliczkach z nazwami ulic – chyba nazwiskami prezydentów tego miasta – zamieszczono również holograficzne zdjęcia twarzy poważnych, mądrych obywateli.
Obszedł wszystkie uliczki i placyki, wrócił do wyjścia i przestudiował mapę osiedla. Na mapie też nie mógł znaleźć znajomych twarzy i znajomych nazwisk. Szukał też swojego nazwiska i swojego zdjęcia. Bardzo się zdziwił. Jeden ze starszych mieszkańców osiedla, ukłonił mu się grzecznie. Co to za miasto, spytał Prezydent, bo nigdy takiego miasta nie widział, wyobrazić sobie chłopina - nie potrafił... Czyżby Pan nie wiedział, Panie Prezydencie, zdziwił się starszy mieszkaniec, przecież to ... w tym właśnie momencie, obraz zafalował i zniknął. Prezydent obudził się. Opowiedział sen żonie. Bzy szumiały łagodnie, psy tłukły się na ganku. Czy powiedział jej prawdę? A może starszy człowiek powiedział, że to osiedle znajduje się przecież w Szczecinie.
Był rok 2020.
Opublikowano w Gazecie Wyborczej, Co by tu jeszcze...