Wojciech Hawryszuk - 1953-2020

Myśli przyłapane - cytaty, komentarze, zapiski...

Ministrem finansów nie może być ani chłopiec na posyłki, ani pies ogrodnika. To jednak musi być strateg, fachowiec, ekonomista, który potrafili liczyć i myśleć dalekosiężnie. Przez pierwszy czy drugi rok można jakoś przebrnąć, ja wolałbym, żeby to nie było "jakoś" tylko pro publico bono.

 

Prof.Grzegorz Kołodko, 8 listopada 2015 www.tvn24.pl  

Oprócz oczywistych emocji związanych z Indianami i oksydowanymi rewolwerami (o matko... jest taka scena w „Rio Bravo”), amerykańskie westerny, z biegiem lat budziły moją coraz większą zazdrość i podziw. Chodziło o współpracę lokalnych społeczności, o czym często w tych prostych filmach mówiono. Trzeba było postawić szkołę lub kościół – społeczność budowała. Trzeba było zbudować most – też.  

2001

Oprócz oczywistych emocji związanych z Indianami i oksydowanymi rewolwerami (o matko... jest taka scena w „Rio Bravo”), amerykańskie westerny, z biegiem lat budziły moją coraz większą zazdrość i podziw. Chodziło o współpracę lokalnych społeczności. Trzeba było postawić szkołę lub kościół – społeczność budowała. Trzeba było zbudować most – też. Zatrudniano też nauczyciela i szeryfa. Współpraca lokalnych społeczności też nie jest nam obca. W prawdziwym czynie społecznym powstawały szkoły, kościoły, drogi, wodociągi, świetlice – szczególnie na wsi, gdzie wspólne działanie opłacało się wszystkim.

Pomiędzy wyglądem szkoły w pierwszych dniach września i ostatnich dniach czerwca jest zasadnicza różnica. Są oto nowe, wykafelkowane sanitariaty. Po kilku miesiącach do tych sanitariatów, młodzi ludzie z klasy szóstej, a więc nie Wołomin i nie Pruszków, wrzucają dwie petardy w wyniku czego następuje zmiana wyglądu pomieszczeń. Wygódki szkolne z moich lat szkolnych nie umywają się do tych salonów. Każdy ma na sumieniu jakieś okno, czyjeś jabłka lub niewielki eksperyment na kółku chemicznym. Ale takiego zezwierzęcenia nie było. Słyszę o tym, że nauczyciele obrażają uczniów. Trochę z bezsilności, z nerwów, a czasem dlatego, że nie powinni być nauczycielami. Nie nadają się, po prostu. Nie ma wiedzy, kultury, ma odruchy wręcz psychopatyczne. Psuje to wszystko nauczycielską opinię. Niestety, żaden związek zawodowy nauczycieli nie zadba o nasze interesy. Nie wystąpi w obronie naszych dzieci; musiałby przecież wystąpić przeciwko koledze czy koleżance. Oni mają po prostu swoje interesy. I trzeba to zrozumieć. Niekoniecznie uszanować.

    Ale nauczyciele są sami. Rodzice nie interesują się młodym człowiekiem, który słucha walkmana na lekcji i bez pytania wychodzi z klasy. Chamstwo i rozwydrzenie uczniów, a z drugiej strony pełen - prawie europejskiego -wdzięku brak zainteresowania rodziców to też chleb codzienny szkoły.Powiedzmy sobie szczerze – jako społeczeństwo pozwalamy na to wszystko. Codziennie, co godzina przez cały rok. Szkoła jest zbyt poważną rzeczą, aby zostawić ją tylko nauczycielom. W każdej szkole uczy się kilkaset dzieci. Gdyby każdy rodzic poświęcił swojej szkole 10, 20 godzin pracy rocznie, można zaoszczędzić wiele pieniędzy choćby na malowaniu szkoły i myciu okien. Są też w szkole inne potrzeby – choćby pomoc słabszym uczniom. Nie każdy musi umieć malować.

Od szkoły powinniśmy wymagać więcej. To my zatrudniamy dyrektorów i nauczycieli. Pracują za nasze pieniądze. Płacimy i wymagamy. Zły to jednak pracodawca, który nie interesuje się swoim pracownikiem i swoim majątkiem. Pieniądze na szkoły powinny być w wystarczającej ilości. Płacimy podatki, niech miasto daje ile trzeba. Nie znaczy to, że szkoła, nasze dzieci, ich zachowanie, przyszłość, wykształcenie całe nasze przyszłe życie ma zależeć wyłącznie od 60 radnych, kilkuset pracowników urzędu miejskiego oraz 6 nauczycieli.

Po raz kolejny zagrała Wielka Orkiestra świątecznej Pomocy. Wykonaliśmy obowiązki społeczne za cały rok z góry. Owsiak jak aspiryna. Wzięliśmy sobie jednego owsiaka na petardę, drugiego na wrzeszczącą polonistkę. I trzeba to wszystko wyleżeć. Do wakacji przejdzie. Mamy czerwone serduszko. Co bogatsi - złote. Przecież to nasze dzieci są uśmiechniętymi, grzecznymi wolontariuszami, mają poczucie wspólnej sprawy, sensowności, zabawy i wykonują przy tym pożyteczną pracę. Być może ci, co wrzucili petardy do szkolnej ubikacji, zbierali pieniądze przeznaczone na respiratory. Dlaczego mogą pracować dla Owsiaka, a nie mogą dla swojej szkoły?

Jurek Owsiak byłby niegroźnym gawędziarzem gdyby nie wyobraźnia telewizji. Byłby takim samym gawędziarzem, gdyby – on i telewizja - nie znaleźli przyjaciół w całej Polsce. Wyobraźmy sobie zatem Niewielką Orkiestrę Szkolnej Pomocy. Wyobraźmy sobie sojuszników. Może już nikt nie wrzuci petardy do ubikacji, dzieci będą szanowały nauczycieli, nauczyciele dzieci, związki zawodowe usuną pedagoguff; rodzice po pomalowaniu ostatniej klasy, przyniosą ciasto na piknik, usiądą przy zielonej herbacie, porozmawiają o tym, co by tu jeszcze zrobić dla swojej szkoły, dla swoich dzieci.

Tak jak w prawdziwym westernie, na najdzikszym zachodzie. 

Opublikowano w Gazecie Wyborczej.